bo gdzieś z boku ona się znajduje, wiem i nie wiem. czuję i nic nie czuję. ale jednak jest.
od kilku dni faktem potwierdzonym mojej psychiki jest jej rozczłonkowanie na autonomiczne części. komunikują się one ze sobą zazwyczaj jednokierunkowo ale rdzeń samoświadomości ma z dwoma aspektami całej mej osoby problem, nie słyszy ich a one rzadzą się swoimi prawami. i ja sam zrezygnowany po stwierdzeniu tego faktu próbuję ową schowaną samotność oswoić.
ma kocie oczy
tak jakby to ona się mnie bała a nie ja jej. na pewno strachu przed nią nie odczuwam, za bardzo pokrzywione mam odczucia do ludzi by bać się pustego pokoju, tenże stan mam przećwiczony po elblągu. nie było dobrze ale strasznie też nie. samotność jest utajona bo jest zakrzyczana przez drugą połowę (ostatnio odczuwam drugą połowę jak 90% życia, przyduszające).
właśnie daje o sobie znać, weekend tylko z kotem nadchodzi.
Tak jak potencjalizm dotyczy woli działania, wychodzenia na przód, tak egzystencjalizm może być domeną woli przeciwdziałania, powrotu. Adaptacyjnego utrzymania status quo, utrzymania zdrowego rozumu. I tak jak potencjalizm można przyrównać do optymizmu tak mój egzystencjalizm można przyrównać do dziwnej mieszanki konserwatyzmu z pesymizmem. Potencjalizm fantazjuje a egzystencjalizm popada w zadumę.
I jaki skutek życiowy mojego egzystencjalizmu? Zazwyczaj bliski stoickiej obojętności wobec wydarzeń mnie dotykających z jednak silnym naciskiem na wolność swoją i cudzą. I tak potencjalizm jest yang a egzystencjalizm ksobny jest yin. A suma ich jest po prostu egzystencją. Bez obietnic, bez podnoszenia głowy, byle brnąć do przodu po grudzie.
Ogólnie potencjalizm jest racjonalnym optymizmem - wszystko jest możliwe, a jeśli coś jest możliwe należy to zrobić by żyło się lepiej i mocniej. Można to nazwać eksplorowaniem potencji, chyba na tym właśnie polega życie - ciągłym próbowaniu, bo jeśli przestaniemy próbować zamrzemy w stagnacji.
Potencjalizm jest na pewnym poziomie zaawansowania niebezpieczny - bo nawet w gównie znajdziemy składniki odżywcze, a tak właśnie potencjalizm każe nam postępować gdy za bardzo się w jego doktrynę wgłębimy - każda możliwość zrealizowania czegoś co choć po części jest po naszej myśli jest możliwością wartą samą w sobie bez względu na koszty i środki. Gdy ktoś się rozpędzi w swym potencjaliżmie, to w pewnym momencie zorientuje się, że ma gówno w ustach.
Bo w potencjaliźmie często liczą się same środki miast celu, środki są celem, nawet te gówniane. Potencjalizm, jest więc swego rodzaju oszustwem, Oszukiwaniem się, że środki są na tyle wystarczającą nagrodą, iż można sobie darować sam cel. Że można się posiłkować zastępnikiem celu. Z drugiej strony - potencjalizm może napędzać frustrację chociaż sam w sobie powinien być narzędziem stoika, to jednak w mnogości potencji zawsze znajdzie się ta jedna, która opętuje w swoim niespełnieniu. Tu kryje się zdradliwość potencjalizmu - niespełnialna obietnica wszelakiego spełnienia.
po roku od uświadomienia sobie, że czas się wybrać po diagnozę stanu zdrowia w końcu na dniach się dowiem. i walczą we mnie dwie tendencje
- im człowiek mniej wie tym dłużej żyje
- lepiej wiedzieć niż nie wiedzieć, wiedza to do potęgi klucz
psychika już zrobiła krok do przodu, wychodzi że jest jakieś trzy tygodnie przed rozumem. emocje się przewartościowały w oczekiwaniu nieuniknionego. i żeby nie było to wszystko oczywiste w ciągu ostatnich trzech tygodni zaliczyłem woltę życiową. jak to z woltą bywa, sam znajduję się ciągle w tym samym miejscu na tym samym torze, przeżyć jednak co niemiara a rękami tylko macham, ni to sygnalizacyjnie, ni to w niemym okrzyku 'o boże!' (taki okrzyk w końcu sygnałem także).
to 'o boże' to też takie naznaczone symboliką - przy podejściu agnostycznym pojawia się problem nie tylko wiary w boga ale wiary w rzeczywistość jako taką, w logikę jako taką. pozostaje tylko zdroworozsądkowe mamienie się, że to wszystko tylko przypadek. że wszystko jest w swym rachunku prawdopodobieństwa prawdziwe.
no ale nie wiem, deux ex machina zakłada za dużo a heisenberg uśmiecha się zza grobu.
chyba bym wolał totka wygrać niż ludzi co z konopii wyskakują by się w niej znów schować.
już bym wolał realne czyny, obrączki na rękach, dużą premie przyjaciela. niż wirtualne konsumowanie dla realnego zaprzepaszczenia.
moja praca jest dla mnie czasem istnym młotkiem po głowie. poza zwykłym zmęczeniem umysłowym dochodzi zmęczenie drugim, trzecim i czwartym człowiekiem, którego muszę ramię w ramię współodczuwać. ciężko mi się nie uśredniać z tymi kobietami i jednocześnie nie cytować co chwilę Rene z allo allo. mózg mój pod wpływem stojących w sprzeczności rozkazów i bodźców bije się moją ręką po głowie powtarzając w kółko kwocent proty kwocent proty
i do tego powrót samochodem przez nasze polskie kochane drogi z godzinnym korkiem w jarocinie a cujo w audiobooku zrywa kolejne uśmiechy z radości powrotu do domu.
czy muppet show będzie leciał tylko w wybranych kinach?
wiem, że inwolwerencja jest tak rzadkim słowem w sieci, że głównie do mnie wpadają szukający jej zrozumienia. a reszta to już tylko czkawka internetu...
ciekawe czy inwolweruję
stan nie dający konkretnej diagnozy, recepta na jego rozwiązanie nieznana. nie jest źle, nie jest dobrze. tragedii wielkiej nie ma... tak jak nie może istnieć stoicka frustracja czy sfrustrowany stoik tak i ja nie potrafię określić w którym punkcie życia jestem, jakby dołek czy górka emocji były luksusem na tej jednowymiarowej w swej płaskości pustyni.
z daleka odcina się od nieba i ziemi czarnym prostokątem. nie można ocenić jego wielkości z dużego oddalenia. gdy się zbliżam okazuje się olbrzymi, a przed chwilą jeszcze chciałem go objąć i poczuć w swych ramionach. i stoję teraz przed nim z opuszczonymi rękami, zadarta do góry głowa i spojrzenie na sam szczyt nie pozwala mi się zgarbić w geście pełnej rezygnacji. czarny, jednolity, niedostępny, a tak chciało by się wejść na szczyt i zobaczyć więcej. obchodzę go wokół dłonią wodząc po chłodnej i twardej materii, jakby to miała być namiastka zdobycia aż nagle znajduję wejście do środka.
w środku monolit nie jest monolitem, poruszają się w powietrznym tańcu różne elementy, nie potrafię znaleźć regularności, ale nie mogę uznać też to za chaos. pojawia się inna chęć, już nie tylko objęcia i zobaczenia, a zrozumienia i może nawet uporządkowania.
bo już wiem, że to co z zewnątrz może się jawić czymś jednolitym i stabilnym, często w środku jest niezrozumiałe i sprzeczne z tym co widać z zewnątrz.
jednak taki monolit ładnie z zewnątrz wygląda. to nic, że w środku plan się potrafi zamazać.
i tak mi się mieszają chęci zobaczenia z chęciami zrozumienia. bo już wiem, że zobaczyć nie znaczy zrozumieć.
starych blogerów ze świeczką szukać, aię czytało takie nicki jak tybalt, eple, lemel, dervint, wojtix, kufel i pomyśleć, że niektóre czytało się jeszcze na dostępie wdzwanianym. już zauważam, że moje palce przypominają skamielinę. teraz to na topie facebook, linki, pojedyńcze zdania, urywki myśli, brak rozwinięcia czy też jakiejś puenty.
w końcu tutaj jest monotematycznie, a na fb nie. tu ciągle o zachowywaniu równowagi, poszukiwania graala zdrowia psychicznego i pogodzenia się z rzeczywiśtością.
a rzeczywiśtość mówi "NIE! takiego wała! lubisz kotka? to go pokaleczymy! poczujesz gorzki smak wolności swej i dawanej komuś"
no to poczułem, ale zdania nie zmieniam - wolność jest dla mnie, dla człowieka najważniejszą rzeczą w tej rzeczywiśtości (jakby były inne rzeczywistości, może są). wolność wartością najwyższą dla tych, którzy umieją z niej korzystać... by nie zrobili sobie krzywdy? tak już myślą rządy o wolności - zapinaj pasy, nie oglądaj niektórych stron w internecie itp itd. więc nie - wolność dla każdego taka by nie ograniczała wolności innych. i conajwyżej jest mi tylko przykro gdy ktoś z wolności swej korzystając robi sobie krzywdę.
geneza jego już w podstawówce, wtedy był nazwany strachem. zaczynało się już popołudniem by osiągnąć pełne obroty gdy leciały dzieci muppet show czy jakoś tak. walerianka przepisana przez panią doktor której naziwsko kojarzyło się z desczem, stała w kuchennej szafce, aromatyczny łyk mało pomagał. wtedy nie znałem osłonowych zaklęć: 'jakoś to będzie' albo 'za rok będziesz się z tego śmiał' i tak się lęczyłem po łóżku, po myślach, po lampce, po rubinie grającym jakieś kino nocne z brucem lee.
dzisiaj tego złego jutra nie ma, nie ma lęków jest za to inny negatywny stan, moja natura nie znosi próżni poza próżnią snu. bo tak jakby za brakiem złego jutra szedł brak jakiegolwiek jutra dla moich emocji, więc kierują się one w przeszłość, ostatnie dni, godziny weekendu. pustego swą prawdziwością i prawdziwego swą jałowością.
stare powiedzenie - 'wszędzie dobrze gdzie nas nie ma' może być różnie interpretowane, od pesymistycznego podejścia że siedzimy utytłani po szyję w gównie po optymistyczne w stylu - warto wyjść z nory i zobaczyć świat.
no to zobaczyłem sobie Londyn i poczułem, lubię stać bokiem na chodniku w obcym mieście i czuć ludzi z danego miejsca. tak chwilę poodczuwałem duże miasto jak kiedyś odczuwałem Nowy Jork. i dobrze mi jakoś wracać wspomnieniami do widoków, nastrojów i kontrastów pomiędzy południowym Londynem a City. nawet rzewnie się wspomina ból nóg po kilkunastu kilometrach zwiedzania. niby tylko 3 dni a coś odmieniło, odmieniło bardziej niż tydzień wywczasu w turystycznej Turcji. widać w Alanyi genius loci został rozcieńczony przez masę turystów i umilnych tubylców a Londyn ze swoimi pędzącymi doubledeckerami jeszcze jako tako się trzyma choć białe kostiumy przypominające prześcieradła okrywające brodaczy budzą lekki kseno-niepokój.
genius loci ma nawet samotna piwnica w której można odkryć granicę siebie leżącą w asymptocie szaleństwa.
i tak właśnie ostatnio to odczułem, pogubiłem te chęci i dla niektórych ten fakt stał się pozytywnym a dla innych negatywnym. a dla mnie? nie wiem... ciężko ze swojej (żabiej) perspektywy sprawdzić czy stoi się na równi pochyłej czy wznoszącej. się żyje i jakoś prze do przodu po tej denadzieizacji.
bo każdy następny dzień będzie podobny do poprzedniego
wakacje kiedyś były, ew miały być jakimś większym przeżyciem. czymś ważnym do zapamiętania, do właśnie przeżycia. skojarzenia muzyki chicane z tymże oczekiwanym zachwytem wakacji. i wspomnienia muzyki deep forest z melanholijnym, jesiennym wydźwiękiem przemijania wakacji, przemijania bycia dzieciakiem.wracało się z takich wakacji odmienionym, z nowymi ważnymi przemyśleniami i zapierającymi dech wspomnieniami - chociażby gwaździstej nocy na plaży,
a teraz jest cisza, wakacje były tygodniowym wybyciem na burżujskie all inclusive, by zapomnieć, by się odłączyć. pamiętam tylko obrazki a nie emocje bo emocji nie było... a we snach wyrzut,
dzisiaj odkrycie, kolejne. moje myślenie ścisłe nie jest moim, wychodzi gdzieś ze spodu czaszki by stworzyć genialny wzór do przeliczeń. przecież nie uważam siebie za ścisłowca, przecież fizyka i matematyka w szkole średniej była udręką a po studiach widzę siębie ledwo jako technika filozofa a tutaj bum, formułka matematyczna i elegancka i użyteczna i zrobiona w pięć minut, o co kurna chodzi gdy taka genialność nie jest moja.
i usprawiedliwieniem jest, że to w pracy się stało, a ja TĄ pracę od samego początku zwirtualizowałem i wrzuciłem w osobny wątek życia, nie mój. i dzięki tej wirtualizacji mniej się męczę głupotą klientów i wścibskością współpracowników. wada tego rozwiązania jest jedna - trąci to wszystko jeśli nie schizofrenią to osobowością wieloraką.
właśnie stres uzyskał nowy wymiar. do tej pory stres kojarzył się u mnie z zimnem. zimnym potem, zimnym dreszczem, chłodem niepokoju i zgrabiałymi dłońmi.
dzisiaj stres nabrał innego znaczenia, gorącego żaru złości i wkurwu na drugiego człowieka za jego dupowatość i udawane kompetencje, i taki stres też męczy i też trzeba po tym jakoś odreagować. wrócić do normalnej, neutralnej temperatury nerwów.